Przygoda jak z westernu, czyli seniorzy na wycieczce

2025-08-27 Brak komentarzy

Bizonom zajrzeli prosto w ślepia, ale na lody śliwkowe się nie załapali. Za to naoglądali się złota w pałacowym skarbcu. Seniorzy z Adullam poznawali tym razem atrakcje województwa świętokrzyskiego. Grupa wycieczkowa składała się z mieszkańców Dziennego Domu Pomocy „Pomocna dłoń”, prowadzonego przez naszą fundację. Wyjazd z Częstochowy zadysponowała już na 7 rano, by mieć jak najwięcej czasu na zwiedzanie. Po kilku godzinach w busiku seniorzy znaleźli się przed pierwszym punktem programu, zamkiem królewskim w Szydłowie, zbudowanym ponoć przez Kazimierza Wielkiego. Niewiele zostało z okazałej niegdyś budowli, ot, resztki siedziby króla, tzw. Skarbczyk, barokowa brama i mury obronne. Przy tych ostatnich któryś z lokalnych przedsiębiorców ustawił granatowe banery z reklamą: „Butik śliwkowy”. To dlatego, że Szydłów uważa się za stolicę śliwki, uprawianej tu w sadach od stuleci. Obecnie na 2 tys. hektarów mieszkańcy regionu pozyskują rocznie ponad 20 tys. ton owoców. To około 20 proc. produkcji krajowej. Jesienią, kiedy dojrzewają najpóźniejsze odmiany, okolice Szydłowa zyskują wygląd zapierający dech w piersiach: kilometry malowniczych sadów tonących w śliwkowej purpurze. Pewnie dlatego miejsce to nazywane jest Purpurową Doliną. Do tego w powietrzu unosi się woń suszonych śliwek, wytwarzanych tutaj tradycyjną metodą. Na te doświadczenia widokowe i zapachowe jeszcze nie pora, bo mamy lato, ale nasi seniorzy oddali lokalnej specjalności, co cesarskie. Zaopatrzyli się mianowicie w miejscowym sklepiku z pamiątkami w słoiki powideł. Nie dane im było natomiast spróbować lodów śliwkowych: akurat ich zabrakło. Obejrzeli za to dokładnie drewniane rzeźby między zamkiem a zabytkową synagogą. Wszystkie przedstawiają sławnych Polaków, m.in. króla Władysława Łokietka czy Stefana Żeromskiego. A potem z historii przenieśli się prościutko we współczesność – do hodowli bizonów w niedalekich Kurozwękach. Bizony zostały tam sprowadzone nie z Ameryki, lecz z największej hodowli w Europie „Bison d’Ardenne” w Belgii. Był grudzień 2000 r. Oczywiście trzeba było wcześniej uzyskać pozwolenia z Ministerstw Rolnictwa i Ochrony Środowiska, a także od władz samorządowych. Z 20 jałówek i 2 byków stado rozrosło się do około 80 sztuk. Jest częścią kurozwęckiej stadniny. Stale nadzorują je placówki naukowo-badawcze Akademii Rolniczej w Krakowie i Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. – Wsiedliśmy do takiego dziwnego pojazdu, jak z westernu. Coś jakby wóz drabiniasty; miał daszek z tkaniny i ławeczki do siedzenia. A ciągnął go traktor – opowiadają seniorzy. – Nie wolno nam było wołać ani w żaden inny sposób hałasować. Zabronili też wyciągać ręce do zwierząt. A te podchodziły bardzo blisko. Zanim się człowiek spostrzegł, już były obok, tak szybko się poruszają. Wielkie są… A kiedy już kończyliśmy nasze safari i mieliśmy wyjechać poza ogrodzenie, jeden z dwóch byków stanął przed nim, jakby nie chciał nas wypuścić. Na koniec czekało jeszcze naszych seniorów zwiedzanie pałacu w Kurozwękach. – Była tam piękna sala balowa i pełno starych portretów – wspominają uczestnicy wycieczki. – W piwnicy też był portret, ale żywy: rycerz w zbroi ruszał się na ekranie, nawet mówił – super. No i był skarb – całe skrzynie pełne „złota”, aż się w oczach mieniło. Wycieczka, podobnie jak inne działania Dziennego Domu Pomocy „Pomocna Dłoń” współfinansowana była ze środków Unii Europejskiej w ramach programu Fundusze Europejskie dla Śląskiego 2021-2027 (Europejski Fundusz Społeczny+) dla Priorytetu: FESL.07.00 – Fundusze Europejskie dla społeczeństwa, działanie: FESL.07.04 – Usługi społeczne.

Wielka wyprawa z mapą do czasów prasłowiańskich

2025-08-26 Brak komentarzy

Zaroiło się od dzieci z Adullam w lesie pod Rudnikami: aż 40 z nich brało tam udział w sierpniowych podchodach. Musiały na przykład szukać różnych roślin albo znajdować ukryte wśród drzew wskazówki, korzystając z mapy. Zabawę zorganizowała fundacja Cemex. Ekscytujące wydarzenia zaczęły się już od rana 25 sierpnia. Cała 40-osobowa grupa udała się bowiem na miejsce zabawy… pociągiem. Dla niektórych dzieciaków była to pierwsza w życiu podróż tym środkiem lokomocji. Trwała co prawda tylko 12 minut, ale co zrobiła wrażenie, to zrobiła. Miejscem docelowym był otwarty teren Cementowni Rudniki – nieczynny Kamieniołom Lipówka, las, łąki, górki, obszary powydobywcze. Czekały tam na dzieci rozmaite zadania. Rozdano wszystkim mapki okolicy; uczestnicy podchodów mieli się poruszać po lesie dzięki tej klasycznej metodzie nawigacji (już to się spodobało, jako nowość). Potem trzeba było np. szukać konkretnych roślin. Prowadziły do nich sprytnie ukryte wskazówki. W ich odczytaniu pomagały dostarczone przez organizatorów zabawy latarki UV; w ich świetle ujawniały się znaki pośród drzew niewidoczne gołym okiem. Wszystko przy tym utrzymane było w stylu słowiańskim, pomogło dzieciom poznać daleką przeszłość naszego kraju. A na koniec zabawy urządzone zostało ognisko z pieczeniem kiełbasek i chleba na patyku. – Było fajnie? – zapytaliśmy najmłodszych, gdy wrócili zmęczeni, rozbawieni, w kwietnych wieńcach na głowach i z „Certyfikatami poziomu pierwszego Wędrowca po Lipówkowych Ścieżkach”. – No peeewnie. Kiedy pojedziemy tam jeszcze raz?

Królowa odwiedziła Adullam. Przywiozła nam Słowo Boże i… czekoladę

2025-08-25 Brak komentarzy

Jej pełny królewski tytuł brzmi następująco: Nketesaihemaa Obahemaa Nana Afua Mborwa I. W tłumaczeniu na polski – Królowa Rozwoju i Opiekunka Dzieci i Młodzieży. Prywatnie Monika Quarcoo, z domu Kaczmarzyk. Brzmi swojsko? Pewnie, bo to częstochowianka. Wcale nie tak dawno temu członkowie jednego z protestanckich zborów w Częstochowie mieli zwyczaj zbierania się w domu pastora. Przychodzili z dziećmi i zwykle tak się to odbywało, że dorośli w jednym pokoju debatowali o Bogu i Piśmie, a dzieci w drugim bawiły się w kościół. Wszystko miały ustalone: Szymon zawsze był pastorem, Ola udawała, że gra na organach, wszystkie pomniejsze berbecie robiły za wiernych. A Monika była misjonarką. Ciągle. Nie chciała innej roli. Najwyraźniej przewodził tym zabawom palec Boży, który w pewnym momencie dorosłą już Monikę jął popychać ku… Afryce. Pojechała jako wolontariuszka, zaczęła pomagać, zbudowała przedszkole, założyła fundację, rodzinę, koronowali ją. I została – na dobre, na złe, na zawsze. Moniki punktem docelowym na mapie Czarnego Lądu okazała się Ghana – zielony prostokąt po stronie zachodniej, nad Zatoką Gwinejską, u samego dołu tej wielkiej krągłej części kontynentu wcinającej się w Atlantyk. Z lewej Wybrzeże Kości Słoniowej, z prawej Togo. Kiedyś kolonia brytyjska, od roku 1957 niepodległa. W lokalnym języku Asante nazwa kraju znaczy tyle, co Król-Wojownik. Gorąco – klimat równikowy. Fauna – słonie. Flora – kakaowce; Ghana należy do ścisłej czołówki światowych producentów ziarna kakaowego. Bogactwa naturalne – ropa, złoto, diamenty. Podobno niezła, stabilna gospodarka. Mówią nawet o Ghanie, że to taki afrykański tygrys. Tyle że z poziomu takiej np. wsi Duadze wcale tego nie widać. Niejedno tamtejsze dziecko rzadko jada w domu do syta, jedyny w ciągu dnia pożywny posiłek dostaje w przedszkolu. O szansie na kubek rodzimego kakao czy tabliczkę czekolady nie ma nawet mowy. Większość wychowywana jest w niepełnych rodzinach, przez mamę, jedyną żywicielkę harującą na plantacji oleju palmowego. Ojców brak: wyjechali do dużych miast pracować w przemyśle. Gdy we wsi bieda zagląda w oczy coraz bardziej, wyjeżdżają też matki. Dzieci trafiają wtedy pod opiekę dziadków. A tak naprawdę to biegają samopas. Monika znalazła się tam po raz pierwszy w 2013 r. Wcześniej, bo już w 2010 pracowała przez sześć miesięcy szkoląc się pod okiem pracowników socjalnych i misjonarzy na południu Afryki, a potem zajmowała się dziećmi ulicy i sierotami w Pretorii. Teraz rozejrzała się po tygrysiętach Ghany i z miejsca stanął jej przed oczami Janusz Korczak. Jego słowa „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat” wracały do niej cały czas, gdy patrzyła w te wielkie, zaciekawione oczy gromady maluchów. Pragnienie, by zapewnić im opiekę – choćby tylko najmłodszym – cementowało w niej na mur. Zorganizowanie przedszkola stało się tylko kwestią czasu. Zaczęła na początku 2013 roku Najpierw trzeba było zdobyć oficjalną akceptację lokalnych wodzów i królowej wioski. Trafił im do przekonania cel przedsięwzięcia – wsparcie lokalnej społeczności kobiet przez zapewnienie ich dzieciom miejsca, gdzie będą mogły bezpiecznie spędzać czas w środowisku sprzyjającym rozwojowi. Potem historia toczyła się standardowo: szukanie pieniędzy na wszystko po kolei, od cegieł po meble. – Wydałam wszystkie swoje oszczędności – uśmiecha się Monika. I zaraz podkreśla, jak bardzo zaangażowali się ludzie z wioski. Gdy nie było za co położyć dachu, ktoś sprzedał samochód i w ten sposób sfinalizowano budowę. No i jest przedszkole: nieduże, za murowanym ogrodzeniem w kolorach białym od góry i czerwonym na dole (chyba nie przypadek), z metalową furtką. Dalej piaszczysty ogródek z drewnianym domkiem do zabawy i zjeżdżalniami. Budynek murowany, a jakże, z czerwoną lamperią, zielonymi drzwiami i kilkoma pomieszczeniami w środku. Nad wejściem napis: „Day Care Center im. Janusza Korczaka”. Na ganku maluchy w kraciastych sukieneczkach albo w koszulkach i krótkich spodniach o barwie wiśni. Głównie chłopcy, dziewczynek jakby mniej. Wszystkie w wieku od dwóch do pięciu lat. Jest ich w sumie 60. Śpią smacznie na dywanach pokrywających podłogę, poprzytulane do kilku opiekunek (przytulanki są ważne). To poobiednia drzemka, element codziennej rutyny. Dzień zaczyna się od nauki: czytanie, liczenie, podstawy angielskiego, zwykle w formie zabawy. Potem obiad – z lokalnych produktów, jak się tylko da zbilansowany. Zanim maluchy siądą do małych drewnianych stolików nakrytych kolorowymi miseczkami, nad wielką miednicą dokonywany jest rytuał pucowania rączek. To też ważne – nauka nawyków higienicznych. Nie ma co prawda w okolicy wodociągów, ale każde dziecko podstawia dłonie pod strumień wody z garnuszka. Obiad jest z deserem. – Od poniedziałku do piątku to zawsze porcja świeżych owoców – opowiada Monika. – Koszt dla jednego dziecka przez cały tydzień? 15 zł. Potem drzemka i kolejne zajęcia. Różne – nauka śpiewania piosenek, twórcze godziny z kredkami i farbami, poznawanie lokalnych tradycji, hasanie z balonikami, zabawa w piasku, ganianie przez pół wsi. Niby nic, a przecież każda z tych czynności ma ważny cel: rozwijanie zdolności motorycznych, umiejętności skupiania się na zadaniach, rozwiązywania problemów, krytycznego myślenia. Siostrzeństwo Budynek przedszkola służy nie tylko maluchom. Także dziewczynom w wieku 11-17 lat. Wyobraźcie sobie, że jesteście kimś takim. Normalnie żyjecie, funkcjonujecie, aż przychodzi „ten czas w miesiącu” – a wy nie macie ani podpasek, ani tamponów. To znaczy w sklepach są, owszem, ale zwyczajnie nie stać was, żeby kupić sobie coś takiego w odpowiedniej ilości. A tak właśnie jest w Ghanie, nie tylko na wsiach. Co zatem robicie? Nie idziecie do szkoły. Z tych absencji w całym roku składają się wam… trzy miesiące. Dlatego w budynku przedszkola królowa Monika realizuje projekt Duafe Sisterhood. Bierze w nim udział 80 nastolatek z regionu. Za biało-czerwonym murkiem czują się bezpieczne, mają poczucie intymności. Spotykają się regularnie, by pogadać o sprawach dla nich ważnych. Zacieśniają tym samym relacje między sobą, uczą się wzajemnego zaufania i wspierania. Praktyczną stroną spotkań jest edukacja seksualna i higieniczna. Dziewczyny dostają pakiety środków sanitarnych. Nauka o seksie ma głęboki sens, bo w Ghanie, choć to kraj w większości chrześcijański (70 proc. ludności, 20 proc. stanowią wyznawcy islamu), istnieje powszechne przyzwolenie na samotne macierzyństwo. Dziewczyna dorasta, traci głowę dla jakiegoś chłopaka, zachodzi w ciążę i zostaje z dzieckiem. Chłopak znika, zwykle w dużym mieście. A dzieci rosną bardzo zaniedbane, także mentalnie i emocjonalnie. – Zajmujemy się nimi, bo trzeba wychować im serca – tłumaczy Monika. – Są przecież następnym

Dzieci i seniorzy z Adullam w leśnej szkole przetrwania

2025-08-19 Brak komentarzy

W lasach Rudnika Małego pod Starczą słychać było najpierw trzaskanie patyków, potem okrzyki: „Oooo, pali się!”, chlupanie wody, a wreszcie strzały i chaotyczne wrzaski. Potem zasnuła ostępy woń dymu. Chuligani? Podpalacze? Kłusownicy? Nie – 30 dzieci i 10 seniorów z Adullam. Urządzili sobie wyjazd integracyjny połączony z nauką przetrwania w dziczy. Grupa Survival-Praktyk prowadzona przez fundację Alea uczyła najmłodszych, jak zdobyć i uzdatnić wodę, by nadawała się do picia, jak rozpalić ognisko i jak strzelać z karabinków ASG. Seniorzy przypatrywali się zajęciom, z rozrzewnieniem wspominając własne harcerskie czasy, kiedy wykonywali podobne zadania i bawili w podchody. Na koniec każdy dostał Dyplom Uczestnika Warsztatów Survivalowych „Leśni rozbitkowie”, bransoletkę z kompasem, gwizdek i przedmioty konieczne do krzesania ognia. A następnie ustawił się w kolejce do ogniska z kiełbaskami i kociołków pełnych pieczonek. – Był to wyjątkowo udany dzień – uznały dzieci i nastolatki ze Świetlicy „Życie poza szkołą” oraz mieszkańcy Dziennego Domu Pomocy „Pomocna dłoń” (obydwie placówki prowadzi fundacja Adullam). Ten survivalowy wyjazd został zorganizowany w ramach projektu „Most międzypokoleniowy”, współfinansowanego przez rządowy program Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWE FIO, który realizuje Narodowy Instytut Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.

Jak sum pozował do zdjęć seniorom z Adullam

2025-08-19 Brak komentarzy

Tylu jaszczurów, pająków, węży, ptaków i ryb naraz nie widzieliśmy nigdy w życiu. I kaktusów – zrelacjonowali nasi seniorzy wypad do egzotarium w Sosnowcu. Była to ponad godzina wędrówki przez gąszcz w temperaturze 30 stopni, z przystankami a to przy akwariach, a to przy terrariach, a to przy wolierach. – Najlepszy był taki jeden sum. Kiedy się podchodziło do szyby, podpływał i pozował do zdjęć – opowiadają mieszkańcy Dziennego Domu Pomocy „Pomocna dłoń”, prowadzonego przez naszą fundację. – To samo ptaki, bardzo dziwne, z taaaakimi wielgachnymi dziobami – tukany. Pozowały dwie samice, a samiec siedział niżej, bardzo dostojny. I papugi były; nic tylko usiłowały nas przegadać. Inną grupę maksymalnie zaintrygowało pokazowe mrowisko: – Przez całą ścianę zarośniętą bluszczem prowadziły rurki. Zbiegały się w szklanej skrzynce, która u góry miała coś jakby domek, a na dole grzybnię. Trudno się było oderwać od widoku mrówek wędrujących tymi rurkami, niosących kawałki liści, układających je w grzybni. Te mrówki ponoć nazywają się parasolki. Egzotarium powstało jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku. Było wtedy tylko palmiarnią. Teraz wzbogaciło swoją ofertę. Pamiątką po pierwszym budynku jest sadzawka z posążkiem dziewczyny pluskająca przy wejściu. Pływają w niej złote i czerwono-białe karpie koi. Seniorom bardzo się podobały: – Wystarczyło włożyć rękę do wody, a zaraz podpływały i tak śmiesznie cmokały pyszczkami. Ich uwagę zwróciły też bananowce: – Akurat kwitły. Kwiaty mają nie-sa-mo-wi-te. Goście z Adullam, zasłuchani w opowieści pani przewodniczki, gotowi byli spędzić na oglądaniu znacznie więcej czasu. – Cały dzień by trzeba poświęcić, żeby się napatrzyć – zapewniają. W powrotnej drodze do Częstochowy zatrzymali się na odpoczynek w Zajeździe Jurajskim w Podlesicach. W wielkiej altanie mieli kiełbaski z grilla, a potem tańce przy muzyce z akordeonu na żywo. – Zabawa przednia – zapewniają. – Ale i tak najlepszy tam był chlebuś. Po prostu pyszny. Działania Dziennego Domu Pomocy „Pomocna Dłoń” współfinansowane są ze środków Unii Europejskiej w ramach programu Fundusze Europejskie dla Śląskiego 2021-2027 (Europejski Fundusz Społeczny+) dla Priorytetu: FESL.07.00 – Fundusze Europejskie dla społeczeństwa, działanie: FESL.07.04 – Usługi społeczne.

Czy ważna nagroda dla społeczników przyjedzie do Adullam?

2025-08-04 Brak komentarzy

Elżbieta Ferenc, prezes naszej fundacji, została nominowana do nagrody „Okulary ks. Kaczkowskiego. Nie widzę przeszkód”. – To dla mnie wielka radość i zaszczyt – komentuje. Zdobywcę nagrody poznamy na gali 24 października. W roku 2025 wypada piąta edycja ogólnopolskiego konkursu organizowanego przez Fundację im. ks. Jana Kaczkowskiego, miasta Sopot i Puck oraz Samorząd Województwa Pomorskiego. Cel imprezy – wyróżnienie społeczników oraz instytucji pracujących na rzecz drugiego człowieka, walczących o równość i godność innych „nie widząc przeszkód” – tak, jak robił to ks. Kaczkowski. Jest on patronem konkursu i przyznawanej w nim nagrody. Wszyscy go znają, więc tylko dla porządku przypomnijmy: zmarły w 2016 r. duchowny rzymskokatolicki, doktor nauk teologicznych, bioetyk. Współtwórca i dyrektor Puckiego Hospicjum św. Ojca Pio. Tam – sam śmiertelnie chory – do końca służył swoim pacjentom, własnym przykładem przekonując, że można żyć pełnią życia nawet w cierpieniu, mając wiele do ofiarowania innym ludziom. Apelował przy tym o szacunek dla każdego człowieka, niezależnie od światopoglądu, wyznania, pochodzenia: „Nie wolno nam nikogo lekceważyć, nigdy nie wolno nam nikim pogardzać”. W regulaminie konkursu czytamy: „Fundacja ks. Jana Kaczkowskiego pragnie propagować szczególną wrażliwość ks. Jana i jego personalistyczne podejście do drugiego człowieka oraz bezkompromisowość w walce o godność drugiego, zwłaszcza tego słabego, dyskryminowanego czy bezbronnego. W tym celu fundacja ustanowiła nagrodę »Okulary ks. Kaczkowskiego«. Nagroda […] będzie przyznawana na drodze konkursu. Poszukujemy wyjątkowych ludzi, którzy poprzez swoje życie i wartości – spójne z ideami księdza Jana – dostrzegają drugiego człowieka, traktują go jako nadrzędne dobro tego świata i nadają miłosierdziu nowy wymiar. Powoduje nami wdzięczność i wiara. Poprzez nagrodę chcemy dostrzec ludzi czyniących dobro, pokazać ich światu, sprawić, aby rozwinęli skrzydła i swoim entuzjazmem zarażali innych”. Do konkursu stają osoby indywidualne, instytucje, organizacje pozarządowe, grupy nieformalne – z Polski i zagranicy. Ze wszystkich zgłoszeń wybiera się dziesięcioro nominowanych do nagrody „Okulary ks. Kaczkowskiego. Nie widzę przeszkód”. Ich pełna lista w tegorocznej edycji została ujawniona na początku sierpnia. Jest w tym gronie prezes Fundacji Chrześcijańskiej „Adullam” Elżbieta Ferenc. – Nominacja cieszy mnie ogromnie i jest dla mnie prawdziwym zaszczytem – mówi pani prezes. – Idea godnego traktowania człowieka jako istoty najważniejszej i najcenniejszej, prezentowana przez księdza Kaczkowskiego, pozostaje bardzo bliska mojemu sercu i służbie. Podobnie jak jego wrażliwość na indywidualne potrzeby ludzi chorych. Sam jako osoba cierpiąca, umierająca, miał tę wrażliwość wręcz wyjątkową. W dodatku wielkim kultem otaczał rodzinę. To wszystko jest dla mnie inspiracją. W gronie nominowanych znalazły się też m.in.: – Fundacja Dziecięca Fantazja, któraspełnia marzenia nieuleczalnie chorych dzieci i nastolatków;– Beata Hernik-Janiszewska – prezes Fundacji Wrocławskie Hospicjum dla Dzieci, najdłużej działającego domowego hospicjum dla dzieci na Dolnym Śląsku;– Katarzyna Nicewicz – prezeska Fundacji Daj Herbatę, która działa na rzecz osób doświadczających bezdomności. Lista wszystkich nominowanych TUTAJ Nad kandydaturami pochyli się teraz kapituła konkursu. Zdobywcę nagrody poznamy 24 października na gali zorganizowanej na terenie Opery Leśnej w Sopocie. Zwycięzca otrzyma statuetkę oraz 50 tys. zł ufundowane przez szwajcarską klinikę Bellevue Medical Group.

Archiwalne posty
Gdzie nas szukać
ul. Krakowska 34
42-202 Częstochowa
+48 34 365 39 46
+48 34 365 38 30
biuro@adullam.pl
Nawigacja
Przewijanie do góry