Jubileuszową edycję pikniku „Przystanek Warta” poświęciliśmy pieczy zastępczej. Okazało się, że działa w tej branży muzyczna gwiazda naszej imprezy. Z Anną Jędrzejczyk rozmawiamy o jej pracy, rodzinie i muzyce. Joanna Skiba: – Pracuje Pani w showbiznesie, ale też w branży… pieczy zastępczej. Jedno od drugiego dzieli spora odległość…Anna Jędrzejczyk: – Godzę to nie tylko w życiu zawodowym, ale i prywatnie: od kilku lat jesteśmy z mężem rodzicami dwóch przysposobionych synów. Teraz pracuję w Fundacji Aktywizacji i Integracji w Nowem. Wcześniej zajmowałam się osobami z niepełnosprawnościami, a od pięciu lat młodzieżą opuszczającą pieczę zastępczą – placówki opiekuńczo-wychowawcze i rodziny zastępcze. Wielu tych młodych ludzi dotkniętych jest niepełnosprawnościami, głównie psychicznymi. Fundacja prowadzi sześć jednoosobowych mieszkań treningowych w Nowem oraz mieszkania w Toruniu. Jaka jest Pani rola?– Jestem animatorką-asystentką lokatorów mieszkań treningowych. Pracuję z nimi bezpośrednio, pomagając w tym, czego same nie potrafią. Ale nie chodzi o to, żebym robiła pranie czy sprzątała. Załóżmy, że moim podopiecznym jest 18-latek, który właśnie opuścił dom dziecka. Na początek musi sobie wyrobić dowód osobisty, ale nie ma pojęcia, jak, bo nigdy nie był w urzędzie. Teoretycznie powinien taką wiedzę uzyskać w placówce, z której właśnie wyszedł. Powinno się go tam – jak w zwykłym domu – nauczyć załatwiania spraw, zabierając ze sobą do urzędu, na pocztę, do banku. Niestety, wychowawca z placówki ma pod opieką nawet jedenastkę dzieci naraz. Nie da rady zabrać ze sobą wszystkich, gdy musi coś załatwić, więc jak się mają nauczyć? Co to za animacje?– Dzieci w pieczy zastępczej mają czas organizowany, a kiedy z niej wychodzą, zostają same. Nikt nie sprawdza, co robią, nie muszą się liczyć z nikim. Wydaje się to atrakcyjne, a tak naprawdę dorosłej młodzieży jest z tym ciężko. Animator ma za zadanie wspierać ją w samodzielnym aranżowaniu czasu: tyle na naukę, tyle na pracę, na zajęcia domowe, na odpoczynek. Uczy żyć samodzielnie. Ja łączę tę funkcję z funkcją asystenta, czyli kogoś takiego jak przyjaciel, który podpowiada, motywuje, doradza, by się zastanowić nad podejmowanymi decyzjami – oczywiście wtedy, gdy są ryzykowne lub niemądre. Trening decyzyjności jest najtrudniejszy, trzeba się przekonać, że każdy nasz ruch pociąga za sobą konsekwencje. Młodzi ludzie raczej o nich nie myślą, „na wolności” łatwo się nią zachłystują. Na początku jeszcze działają w trybie placówki opiekuńczej, np. pytają mnie o zgodę na pójście do sklepu. A gdy poczują, że już nie muszą tak robić, tracą czasem głowę. Ja jestem od tego, by nauczyć ich żyć bezpiecznie. Właściwie jestem taką przyszywaną mamą. Czy dalej kieruje Pani tą placówką?– Już nie. Po kilku latach przenieśliśmy się z mężem do nowego domu, 60 km dalej. Jakiś czas dojeżdżałam, ale zimą było to bardzo trudne i w końcu uznałam, że można lepiej wykorzystać czas przeznaczony na dojazdy. Podjęłam pracę w Fundacji Aktywizacji i Integracji w Nowem (nasze miasto leży mniej więcej w połowie drogi między Gdańskiem a Bydgoszczą czy Toruniem). Początkowo pracowałam w warsztacie terapii zajęciowej, a po powołaniu mieszkań treningowych zaproponowano mi pracę w nich. Przydały się zdobycze zawodowe: nie boję się ludzi z niepełnosprawnościami ani trudnych tematów. Przydało się wykształcenie, studiowałam przecież socjologię problemów społecznych i pedagogikę. A także moje osobiste doświadczenia adopcyjne. Czyli życie prywatne wpłynęło na zawodowe. A czy jest odwrotnie? Czy praca pomogła w podjęciu decyzji o przysposobieniu synów?– To trochę bardziej skomplikowane. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, zwłaszcza do pełnienia roli rodzica. Moja praca z młodzieżą po pieczy zastępczej rozpoczęła się już po przysposobieniu synów. Ale od początku: długo się z mężem nad adopcją zastanawialiśmy. Kiedyś pojechaliśmy na spotkanie z pracownikiem ośrodka adopcyjnego; opowiadając o procedurach przysposobienia wręcz nas przeraził. Daliśmy sobie spokój na kilka lat. Teraz myślę, że wtedy nie byliśmy po prostu gotowi. Gdy pojechaliśmy po tych kilku latach znowu, to było coś zupełnie innego: zero strachu, niepewności, wahań. Już w drodze powrotnej, przez telefon załatwialiśmy konieczne papiery. Po dwóch dniach złożyliśmy je w ośrodku. Procedury trwały mniej więcej tyle, co ciąża – prawie rok. Zaczęły się w grudniu 2018, zakończyły w listopadzie 2019. Przed Bożym Narodzeniem dostaliśmy telefon o chłopcach, a w styczniu byli już z nami. Starszy miał wtedy 7 lat, młodszy – półtora roku. Wzięliście ich Państwo jednocześnie?– Tak, bo to biologiczne rodzeństwo. Skoczyliśmy na głęboką wodę, planując od razu więcej niż jedno dziecko. Chcieliśmy po prostu, by czuli, że mają u nas najprawdziwszy dom, z własnym bratem.Mały od razu wsiąkł w rodzinę, jakby był naszym synem. I to nie uległo zmianie, gdy się dowiedział, że go adoptowaliśmy. Starszy przez dłuższy czas zachowywał pewną rezerwę, na przykład przytulał się niepewnie, ostrożnie, pytając, czy mu wolno (może za dużo pamiętał ze swojego pierwszego domu). Dopiero od jakichś dwóch, trzech lat robi to naturalnie, a nawet z entuzjazmem, bo wręcz rzuca się nam w objęcia. Nie umiał też korzystać z zabawek, pudełka gier planszowych wciąż leżą nierozpakowane. To samo z klockami. Kiedyś zaczął mówić o Lego, bardzo chciał je mieć. Dostał, złożył coś tam z tatą, rozmontował… i od tamtej pory nie ruszył. Właściwie sięgał tylko po piłkę i rower.Młodszy to zupełnie co innego. Zabawki cały czas są w użyciu, przerabia je po swojemu i żadnej nie pozwala wyrzucić.Co mnie szczególnie cieszy, to to, że obaj mają ucho do muzyki. Starszy nawet chodził przez dwa lata do szkoły muzycznej, ale potem zrezygnował, zapał mu jakoś przeszedł. Szkoda. Ale nie naciskałam, przymus odebrałby mu całą radość z muzyki, a chcemy, by sprawiała mu przyjemność. Jaką muzykę lubi Pani najbardziej?– Rockową, troszkę cięższą. W niej się czuję najlepiej jako wokalistka, kompozytorka, autorka tekstów. I od niej zaczynałam, uparcie przebijając się przez to trudne środowisko. Jednak niedawno, trochę przez przypadek weszłam do świata muzyki lżejszej, szlagierowej, biesiadnej. I tu zostałam dostrzeżona.A było to tak: nasza firma nagłaśniała koncert znanego na Śląsku wokalisty Jacka Silskiego. Tak się jakoś zgadało, że ja też śpiewam. Jacek zaproponował mi występ w duecie, przewidywał, że będzie udany. Miał rację. Tak trafiłam do muzyki szlagierowej. I tak zrobiłam się popularna na Śląsku – bo on się z taką właśnie muzyką kojarzy.Wiem, nie jest to gatunek ambitny, ale sprawia radość wielu ludziom. A ja chcę, żeby cieszyli się przy mojej