
Królowa odwiedziła Adullam. Przywiozła nam Słowo Boże i… czekoladę
Jej pełny królewski tytuł brzmi następująco: Nketesaihemaa Obahemaa Nana Afua Mborwa I. W tłumaczeniu na polski – Królowa Rozwoju i Opiekunka Dzieci i Młodzieży. Prywatnie Monika Quarcoo, z domu Kaczmarzyk. Brzmi swojsko? Pewnie, bo to częstochowianka. Wcale nie tak dawno temu członkowie jednego z protestanckich zborów w Częstochowie mieli zwyczaj zbierania się w domu pastora. Przychodzili z dziećmi i zwykle tak się to odbywało, że dorośli w jednym pokoju debatowali o Bogu i Piśmie, a dzieci w drugim bawiły się w kościół. Wszystko miały ustalone: Szymon zawsze był pastorem, Ola udawała, że gra na organach, wszystkie pomniejsze berbecie robiły za wiernych. A Monika była misjonarką. Ciągle. Nie chciała innej roli. Najwyraźniej przewodził tym zabawom palec Boży, który w pewnym momencie dorosłą już Monikę jął popychać ku… Afryce. Pojechała jako wolontariuszka, zaczęła pomagać, zbudowała przedszkole, założyła fundację, rodzinę, koronowali ją. I została – na dobre, na złe, na zawsze. Moniki punktem docelowym na mapie Czarnego Lądu okazała się Ghana – zielony prostokąt po stronie zachodniej, nad Zatoką Gwinejską, u samego dołu tej wielkiej krągłej części kontynentu wcinającej się w Atlantyk. Z lewej Wybrzeże Kości Słoniowej, z prawej Togo. Kiedyś kolonia brytyjska, od roku 1957 niepodległa. W lokalnym języku Asante nazwa kraju znaczy tyle, co Król-Wojownik. Gorąco – klimat równikowy. Fauna – słonie. Flora – kakaowce; Ghana należy do ścisłej czołówki światowych producentów ziarna kakaowego. Bogactwa naturalne – ropa, złoto, diamenty. Podobno niezła, stabilna gospodarka. Mówią nawet o Ghanie, że to taki afrykański tygrys. Tyle że z poziomu takiej np. wsi Duadze wcale tego nie widać. Niejedno tamtejsze dziecko rzadko jada w domu do syta, jedyny w ciągu dnia pożywny posiłek dostaje w przedszkolu. O szansie na kubek rodzimego kakao czy tabliczkę czekolady nie ma nawet mowy. Większość wychowywana jest w niepełnych rodzinach, przez mamę, jedyną żywicielkę harującą na plantacji oleju palmowego. Ojców brak: wyjechali do dużych miast pracować w przemyśle. Gdy we wsi bieda zagląda w oczy coraz bardziej, wyjeżdżają też matki. Dzieci trafiają wtedy pod opiekę dziadków. A tak naprawdę to biegają samopas. Monika znalazła się tam po raz pierwszy w 2013 r. Wcześniej, bo już w 2010 pracowała przez sześć miesięcy szkoląc się pod okiem pracowników socjalnych i misjonarzy na południu Afryki, a potem zajmowała się dziećmi ulicy i sierotami w Pretorii. Teraz rozejrzała się po tygrysiętach Ghany i z miejsca stanął jej przed oczami Janusz Korczak. Jego słowa „Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat” wracały do niej cały czas, gdy patrzyła w te wielkie, zaciekawione oczy gromady maluchów. Pragnienie, by zapewnić im opiekę – choćby tylko najmłodszym – cementowało w niej na mur. Zorganizowanie przedszkola stało się tylko kwestią czasu. Zaczęła na początku 2013 roku Najpierw trzeba było zdobyć oficjalną akceptację lokalnych wodzów i królowej wioski. Trafił im do przekonania cel przedsięwzięcia – wsparcie lokalnej społeczności kobiet przez zapewnienie ich dzieciom miejsca, gdzie będą mogły bezpiecznie spędzać czas w środowisku sprzyjającym rozwojowi. Potem historia toczyła się standardowo: szukanie pieniędzy na wszystko po kolei, od cegieł po meble. – Wydałam wszystkie swoje oszczędności – uśmiecha się Monika. I zaraz podkreśla, jak bardzo zaangażowali się ludzie z wioski. Gdy nie było za co położyć dachu, ktoś sprzedał samochód i w ten sposób sfinalizowano budowę. No i jest przedszkole: nieduże, za murowanym ogrodzeniem w kolorach białym od góry i czerwonym na dole (chyba nie przypadek), z metalową furtką. Dalej piaszczysty ogródek z drewnianym domkiem do zabawy i zjeżdżalniami. Budynek murowany, a jakże, z czerwoną lamperią, zielonymi drzwiami i kilkoma pomieszczeniami w środku. Nad wejściem napis: „Day Care Center im. Janusza Korczaka”. Na ganku maluchy w kraciastych sukieneczkach albo w koszulkach i krótkich spodniach o barwie wiśni. Głównie chłopcy, dziewczynek jakby mniej. Wszystkie w wieku od dwóch do pięciu lat. Jest ich w sumie 60. Śpią smacznie na dywanach pokrywających podłogę, poprzytulane do kilku opiekunek (przytulanki są ważne). To poobiednia drzemka, element codziennej rutyny. Dzień zaczyna się od nauki: czytanie, liczenie, podstawy angielskiego, zwykle w formie zabawy. Potem obiad – z lokalnych produktów, jak się tylko da zbilansowany. Zanim maluchy siądą do małych drewnianych stolików nakrytych kolorowymi miseczkami, nad wielką miednicą dokonywany jest rytuał pucowania rączek. To też ważne – nauka nawyków higienicznych. Nie ma co prawda w okolicy wodociągów, ale każde dziecko podstawia dłonie pod strumień wody z garnuszka. Obiad jest z deserem. – Od poniedziałku do piątku to zawsze porcja świeżych owoców – opowiada Monika. – Koszt dla jednego dziecka przez cały tydzień? 15 zł. Potem drzemka i kolejne zajęcia. Różne – nauka śpiewania piosenek, twórcze godziny z kredkami i farbami, poznawanie lokalnych tradycji, hasanie z balonikami, zabawa w piasku, ganianie przez pół wsi. Niby nic, a przecież każda z tych czynności ma ważny cel: rozwijanie zdolności motorycznych, umiejętności skupiania się na zadaniach, rozwiązywania problemów, krytycznego myślenia. Siostrzeństwo Budynek przedszkola służy nie tylko maluchom. Także dziewczynom w wieku 11-17 lat. Wyobraźcie sobie, że jesteście kimś takim. Normalnie żyjecie, funkcjonujecie, aż przychodzi „ten czas w miesiącu” – a wy nie macie ani podpasek, ani tamponów. To znaczy w sklepach są, owszem, ale zwyczajnie nie stać was, żeby kupić sobie coś takiego w odpowiedniej ilości. A tak właśnie jest w Ghanie, nie tylko na wsiach. Co zatem robicie? Nie idziecie do szkoły. Z tych absencji w całym roku składają się wam… trzy miesiące. Dlatego w budynku przedszkola królowa Monika realizuje projekt Duafe Sisterhood. Bierze w nim udział 80 nastolatek z regionu. Za biało-czerwonym murkiem czują się bezpieczne, mają poczucie intymności. Spotykają się regularnie, by pogadać o sprawach dla nich ważnych. Zacieśniają tym samym relacje między sobą, uczą się wzajemnego zaufania i wspierania. Praktyczną stroną spotkań jest edukacja seksualna i higieniczna. Dziewczyny dostają pakiety środków sanitarnych. Nauka o seksie ma głęboki sens, bo w Ghanie, choć to kraj w większości chrześcijański (70 proc. ludności, 20 proc. stanowią wyznawcy islamu), istnieje powszechne przyzwolenie na samotne macierzyństwo. Dziewczyna dorasta, traci głowę dla jakiegoś chłopaka, zachodzi w ciążę i zostaje z dzieckiem. Chłopak znika, zwykle w dużym mieście. A dzieci rosną bardzo zaniedbane, także mentalnie i emocjonalnie. – Zajmujemy się nimi, bo trzeba wychować im serca – tłumaczy Monika. – Są przecież następnym
